wspólna publikacja pism:
Posłaniec Serca Jezusowego (ukazuje się w Polsce od 1872 r.) i Posłaniec Serca Jezusa (ukazuje się w USA od 1917 r.)
wrzesień 2007
abyście byli jedno
Dialog, który łączy
strona: 10
Dialog, który łączy »
Zachowanie idealnej jedności kościelnej to w rzeczywistości ziemskiej zadanie niezwykle trudne do wykonania. Pycha i brak miłości wśród uczniów Chrystusa doprowadziły w ciągu wieków do rozbicia jedności chrześcijańskiej i powstania wielu Kościołów oraz wspólnot chrześcijańskich. Konsekwentnie prowadzony dialog ekumeniczny nieustannie dąży do pełnej i widocznej jedności Kościoła. To wielkie dzieło, choć czasami robotników wydaje się być mało.
Dwa płuca Kościoła
strona: 14
Dwa płuca Kościoła
Dwa płuca to wyrażenie pochodzące od rosyjskiego poety i myśliciela Wiaczesława Iwanowa, który, składając w Rzymie wyznanie wiary katolickiej, uczynił to z mocnym zamiarem nie utracenia niczego z wartości Wschodu, skąd pochodził. Powiadał, że człowiek jest jakby żywym lustrem. Poznaje rzeczy na sposób odbicia. Potrzebuje więc drugiego lustra, aby skorygować obraz, który widzi. Tym drugim lustrem, które koryguje pierwsze, jest drugi człowiek.
Znikający Bóg
strona: 36
Znikający Bóg »
Ślub królewski musi być w katedrze, wielka tragedia wyzwala modlitwę, w klasztorze przyjemnie się medytuje, a i dla krzyża znajdzie się miejsce - na grobie. Oto współczesna Belgia.
Z życia szkolnego mundurka
strona: 56
Z życia szkolnego mundurka
Propozycja ministra edukacji o wprowadzeniu "jednolitych strojów" w szkołach podstawowych i gimnazjalnych wywołała gorącą dyskusję na temat zasadności tego projektu. W polskich szkołach koniec roku szkolnego upłynął pod hasłem "mundurek". Dyrektorzy zastanawiali się, jak wypełnić rozporządzenie ministra i w co ubrać uczniów, żeby - jak mówi stare przysłowie - wilk był syty i owca cała.
Posłaniec / wrzesień 2007 / strona 36 / artykuł
Marek Orzechowski
Znikający Bóg
Ślub królewski musi być w katedrze, wielka tragedia wyzwala modlitwę, w klasztorze przyjemnie się medytuje, a i dla krzyża znajdzie się miejsce - na grobie. Oto współczesna Belgia.

      Lubię zaglądać do brukselskich kościołów. Lubię, bo są puste. Nikt nie przeszkadza. Tyle, że trzeba pilnować czasu, bo często otwierają je tylko w określonych godzinach. Trochę tak, jakby Bóg zaglądał do nich tylko we wtorki czy czwartki - wtedy, gdy są tam turyści. Zdaje się, że jeszcze tylko oni, i to tylko z ciekawości, spacerują po świątyniach, przyglądają się ołtarzom, komentują obrazy. Spowiednika nie widać; na niedzielną Mszę zjawia się niewiele osób. A przecież Belgowie to w większości katolicy.
      Jeszcze? Tylko pięć procent z nich przyznaje się do regularnego uczestnictwa we Mszy świętej. A ponadto w większość z nich jest w podeszłym wieku. Za dziesięć, piętnaście lat i tych zabraknie. W chwili odzyskania niepodległości, w roku 1830, 98 procent Belgów deklarowało przynależność do Kościoła. Dzisiaj - 48 procent. 13 procent uznaje się za przywiązanych do wartości Kościoła, ale już nie za jego członków. Pozostali przejawiają stosunek obojętny, deklarują osobiste poszukiwanie prawdy, zbawienia i szczęścia. Zapytani, czy Kościół odgrywa w ich życiu jeszcze jakąś rolę, w większości odpowiadają twierdząco. Tyle, że nie wiążą już tego z osobistym przeżywaniem wiary. W takim razie, w czym się ta rola przejawia? Na przykład, królewski pogrzeb musi być katolicki. Albo małżeństwo w rodzinie królewskiej musi zostać zawarte przed ołtarzem brukselskiej katedry Saint Michel et Godule. Albo, gdy dojdzie do jakiejś wielkiej tragedii czy katastrofy - jak wybuch gazu w Ghislenghien przed trzema laty - wtedy wszyscy gotowi są uczestniczyć w pogrzebie i we Mszy żałobnej. Albo, kiedy wydarzy się coś takiego jak porwanie dwóch dziewczynek, Julie i Melissy… Wówczas ludzie chętnie się modlą, idą do kościołów i proszą Boga o ratunek. Potem zapominają, odchodzą, już nie potrzebują…

Słowo zamiast piwa

      Czy w takim razie żyją w ogóle bez Boga? Odpowiedź na to pytanie łatwiej znaleźć w księgarniach niż w parafiach. W ostatnich latach największe brukselskie księgarnie bardzo rozbudowały działy religijne. Rosnącym zainteresowaniem cieszą się też teologiczne publikacje Uniwersytetu Katolickiego w Louvain oraz wydziału religioznawstwa Wolnego Uniwersytetu Brukselskiego. Podobny wzrost zainteresowania religijnymi publikacjami notują domy zakonne i klasztory - tak liczne w Belgii. Prawie każdy z nich jest jednocześnie producentem serów, piwa, ziół, mydeł, olejków itp. Zainteresowanie odwiedzających belgijskie klasztory skupiało się do niedawna głównie na tych właśnie produktach. Teraz obok piwa i sera ludzie coraz chętniej kupują literaturę, nierzadko dochodzi wręcz do zastojów, bo dystrybucja nie nadąża. Zakony i klasztory nie mogą sobie też poradzić z napływem chętnych do medytacji, do spędzania tam czasu na refleksji. Ludzie zapisują się na listach. Są tacy, którzy zjawiają się w klasztorach całymi rodzinami. Uczestniczą w życiu klasztorów nie tylko na prawach gościa, te związki są znacznie bliższe i głębsze. Liczba chętnych sprawiła, że wprowadzono nawet ograniczenia, z klasztornej gościnności można korzystać najwyżej przez dwa tygodnie. A wielu zostałoby znaczenie dłużej, może i na zawsze…

Bóg - owszem, Kościół - niechętnie

      Czego tam szukają? Szukają Boga - mówią sami i mówią bracia - tyle że w inny niż dotychczas sposób, bardziej indywidualnie i jakby poza cywilizacyjnym przymusem, i poza przymusem urzędowego Kościoła. Najpewniej, prostota, jasność reguł, czystość, życzliwość, i oderwanie od świata ułatwiają im znalezienie nowej drogi. Cały rytuał życia, modlitwy i pracy zakonnych braci jest dla nich fascynujący, pragną więc doświadczyć choćby cząstki tego "życia w świętości". A jednocześnie - wiele zakonów i domów klasztornych boryka się z brakiem narybku. W roku 2006 w całej Belgii do seminariów duchownych zgłosiło się dwunastu chętnych, ale w samej Brukseli czy w Antwerpii - nikt, po prostu nikt. Z zakonami jest trochę lepiej, poza tym ratują się przenoszeniem zakonników z innych krajów. Ale nie zmienia to faktu, że w belgijskich kościołach brakuje nie tylko wiernych, ale i księży.
      Młodzi Belgowie nie chcą być pośrednikami między Bogiem a ludźmi. W ciągu 47 lat liczba księży diecezjalnych zmalała w Belgii o połowę. Jest ich teraz nieco ponad cztery tysiące. Pracują po sześćdziesiąt i więcej godzin tygodniowo, ich dochody netto nie przekraczają miesięcznie 1500 euro. Nieliczni seminarzyści - po których zapewne nikt już nie przyjdzie - zapytani, dlaczego się jednak zdecydowali na kapłaństwo, mówią to samo, co wszyscy przed nimi: że odczuli i odczuwają powołanie. Nie komentują zmian w społeczeństwie, ale widzą potrzebę zmian, aby ludzie chcieli wrócić do kościołów.
      Oczywiście, w Belgii nie brakuje dysput - zmienia się społeczeństwo, czy zatem i Kościół nie powinien się zmienić? Albo, skoro tak bardzo zmienia się świat wokół, i to na złe, czyż Kościół tym bardziej nie powinien pozostać strażnikiem zasad, czystej wiary, teologicznej ortodoksji, niepodatnej na zmiany? Zachować celibat czy go znieść? Jak odpowiedzieć na wyzwania współczesności, aby Kościół także w Belgii pozostał żywym chlebem? Gdzie leży granica zmian czy raczej linia modernizacji?
      Na co dzień Kościoła nie widać w ogóle. Księża chodzą w ubraniach cywilnych, sutanny na ulicach nikt tu nie widział od wielu lat; ba, nie widać jej nawet w kościołach! Procesje po ulicach miasta, czy nawet przykościelne, dawno odeszły do lamusa. Księża mówią, że jeżeli Msza trwa dłużej niż czterdzieści minut, ludzie zaczynają wychodzić…

A gdzie krzyż?

      Kiedy więc obcują z Bogiem, i czy jeszcze to potrafią? Pytanie takie stało się już do tego stopnia prywatne, że nikt, nigdzie i nikomu go już nie zadaje. Naruszyłby delikatną sferę osobistej prywatności. Nie wypada. Nie wolno. Ale jest jedno miejsce, gdzie kwestia ta znajduje przynajmniej częściowe - a kto wie, może i całkowite - wyjaśnienie. To gazetowe nekrologi. Niemal każdy opatrzony jest albo symbolem krzyża, albo gwiazdą Dawida, albo symbolem wolnomularskim. Co jednak rzuca się w oczy? To, że większość - zdecydowana większość z nich - opatrzona jest krzyżem.
      Więc jednak wierzyli?…
Marek Orzechowski - publicysta, dziennikarz, korespondent telewizji Polsat w Brukseli, wieloletni korespondent "Głosu Ameryki" w Bonn, Telewizji Polskiej w Bonn i w Brukseli, ekspert i obserwator unijnego życia.
wybrane artykuły publikowane w POSŁAŃCU nr wrzesień 2007:
dostępność w sprzedaży POSŁAŃCA nr wrzesień 2007:
© Wszystkie prawa zastrzeżone. • WydawnictwoWAM.pl • 2006-2010
Udostępnione informacje nie mogą być kopiowane i publikowane bez naszej zgody.